o bibliotecznych inspiracjach, ciekawych książkach, konferencjach, pasjach i takich tam... subiektywnie i nienaukowo

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

No to co, że ze Szwecji

Trochę wakacyjnie i sensacyjnie będzie, choć niezupełnie. Bo czytam to przez cały rok. I nie wstydzę się tego, tak samo jak tego, że czytam bestsellery. Mój pożeracz czasu - szwedzkie kryminały!

Oczywiście morderstw i trudnych do pojęcia zbrodni jest tu sporo, nawet całkiem sporo... podobnie jak skomplikowanych zagadek, które zasypiając sama próbuję rozwiązywać. Sięgam jednak po te historie również dlatego, że widać w nich ciekawy i wielowymiarowy portret skandynawskiego społeczeństwa. Specyficznego. Szczęśliwi i serdeczni ludzie, wielka sprawiedliwość społeczna, szacunek do środowiska naturalnego, dostatnie życie. Na wierzchu. A pod spodem cała masa skomplikowanych i trudnych problemów. Od rasizmu, ksenofobii i braku tolerancji, poprzez brak równouprawnienia i ukrytą, skrajną biedę, na złu, które jeden człowiek może wyrządzić drugiemu i wciąż silnym poczuciu winy w związku z teoretycznie neutralnym stanowiskiem Szwecji podczas drugiej wojny światowej, skończywszy.

Tak się składa, że Skandynawią, a zwłaszcza Szwecją pasjonuję się od dobrych kilku lat. Początkowo miało to związek z pewną (jedynie słuszną) marką samochodu... :), a potem przerodziło się w zainteresowanie generalnie całym krajem i jego mieszkańcami. I oczywiście w podróże. Może też dlatego łatwiej umiejscawiam opisywane przez szwedzkich autorów sytuacje i lepiej kojarzę te hektolitry wypijanej przez bohaterów kawy, cynamonowe bułeczki, żelki lukrecjowe (fuj!), zakupy w Konsumie, maszynki do wydawania pieniędzy w sklepie, czy w końcu Systembolaget tj. sieć monopolowych sklepów (wcale nie tak licznych), w jedynie których kupić można prawdziwy alkohol. No i ten wiatr, i prawie ciągle zachmurzone niebo.

Wszystko to jest i przewija się gdzieś w tle akcji moich ulubionych szwedzkich kryminałów.

Mikael Blomkvist i Sally Salander, Kurt Wallander, Erika Falck i Patrik Hedstrom z Fjällbacki, Annika Bergson, Rebecka Martinsson, Gunnar Barbarotti, Erik Winter – to chyba najważniejsi, których już poznałam i którzy mnie zdobyli ;) A czekają kolejni...

Zaczęło się oczywiście od Millenium i mega wciągającej prozy Stiega Larssona. To nieprawdopodobne, że można tak długo i stale utrzymywać czytelnika w ogromnym napięciu i do tego nakreślić jedyny w swoim rodzaju portret młodej hakerki walczącej ze swoją przeszłością. Millenium jest niesamowite – wszystkie trzy tomy, może z delikatną przewagą pierwszego. Mój number one!

Henning Mannkell z komisarzem Wallanderem mają lepsze i gorsze chwile. Był czas, że nudziły mnie już kolejne odkrycia denatów w jeziorze czy chatce na obrzeżach wsi. Oraz powtarzane po raz enty na policyjnych odprawach podsumowania „tego co już mamy”. Ale są też perełki. „Piąta kobieta” czy „Zapora” chyba najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dobrze, że ze zdrowiem komisarza trochę lepiej, bo bywało że całkiem się zaniedbywał.

Ogłoszona następcą S. Larssona Camilla Läckberg zaskakuje rozwiązaniami i naprawdę misternie zbudowanymi zagadkami osnutymi z reguły na mrocznej przeszłości mieszkańców Fjällbacki. Niechcąco stało się, że czytałam tomy tej sagi nie we właściwej kolejności – nie burzy to zbytnio całej historii, ale mimo wszystko zalecam porządek chronologiczny, zgodnie z tym co wymienione na okładkach. Wczoraj skończyłam czytać „Syrenkę”, naprawdę dobra – już zastanawiam się co będzie w zapowiadanym „Latarniku” i przebieram nożkami kiedy będę mieć go w ręku. Ostatnie akapity "Syrenki" pobudzają wyobraźnię...

Zarówno Liza Marklund jak i Asa Larsson uczyniły głównymi bohaterkami kobiety. Kobiety, którym nie obca walka z męskim szowinizmem. Osobiście chyba bardziej polubiłam dziennikarkę Annikę Bergson – rezolutną, świetnie kojarzącą fakty, szefową działu kryminalnego szwedzkiej popołudniówki. Wszystko dzieje się tu szybko, jedno wynika z drugiego, a ew. podwójne dno wcale nie jest takie głębokie. Cieszę się, bo jeszcze nie czytałam wszystkiego z tej serii, tak więc wiele przede mną. Rebecca Martinsson, bohaterka nieco ponurych historii A. Larsson czasem wkurza mnie zaś swoim sentymentalizmem, brakiem stanowczości czy nawet nieporadnością. Ale aż czuć tutaj zimny szwedzki klimat, porywisty wiatr i nieprzystający padać deszcz lub śnieg. Brrr...

Z godnych polecenia autorów typowo kryminalnych wymienić jeszcze mogę Ake Edwardsona. Zwłaszcza, że w jego powieściach po raz pierwszy pojawia się przystojny (!) komisarz - Erik Winter. Warto też sięgnąć po „Człowieka bez psa” Hasana Nessera – zagadka nie aż tak skomplikowana jak w Millenium czy powieściach Läckberg, ale wciąga i ma to coś. Dwa lub trzy popołudnia z głowy.

Aby nie było samo plusów, to jeszcze drobny minusik. Nie potrafiłam się bowiem "zalogować" do powieści „Między tęsknotą lata a chłodem zimy” Leifa GW Persona. Polecana przez B. Węglarczyka jako coś lepszego od Millenium, opowieść ta trochę mnie rozczarowała zarówno w formie jak i treści. Nie da się Perssona z Larssonem porównać - inny styl, inne tempo, odmienna narracja, no i historia. Nie będę próbować przekonywać się do dalszych części, zwłaszcza, że sporo sprawdzonych już przeze mnie komisarzy czeka.

Polecacie coś może więcej ze szwedzkiej literatury? Albo generalnie z niechlubnej półki "sensacja"?

Trevlig läsning!

Okładki książek pochodzą ze strony Wydawnictwa Czarna Owca. Saab jest mój ;)

0 komentarze: